Sentiments associated with the Kora and Maanam

 Wzięło mnie na sentymenty... Ostatnie dwa dni i dwie noce dopiekły mi mega zmęęęęęczeniowym koszmarem. Pozostał mi zgodnie z planem tydzień do porodu mojej córeczki i najprawdopodobniej moja niecierpliwość spowodowała, że zaczęłam chyba siłą sugestii próbować wywołać poród :))))) szybciej, by jako urodzony niecierpliwiec, mieć już "z głowy".
O "przebierankach" nie było mowy, twardniejący brzuch, mega ruszające się dziecko wewnątrz, niewygodnie przy kompie, ciągle "polegiwanie", spanie, uderzenia gorąca, niezgrabne poruszanie się po domu na przemian z manią sprzątania, prasowania...    

W chwilach mojego tzw. "polegiwania" czytam odkładaną z roku na rok, z miesiąca na miesiąc - książkę Coco i Igor Chrisa Greenhalgha, m.in. też pod wpływem tego pokazu Chanel 2011...



Więc, wracając do meritum, iż wzięło mnie na sentymenty, kiedy dziś w końcu poczułam się lepiej - przypomniałam sobie nasz  "muzyczny kawałek", którego słuchaliśmy w roku 1994, kiedy poznaliśmy się z moim niedługo późniejszym mężem :) - utwór Róża Maaanamu. To z cytatami z tej piosenki dostawałam pierwsze liściki od Lubego... to wtedy dostawałam białe, a potem czerwone róże...

Ale żeby nie było tak tylko wspomnieniowo i muzycznie, to przypomniałam sobie, że podówczas :), w połowie lat dziewięćdziesiątych to Kora właśnie była tą kobietą, która imponowała mi swoim lookiem, energią i odwagą w kreowaniu swojego energetycznego wizerunku...

Skąd się wzięła, co robiła i jak wyglądała, można poczytać i popatrzeć choćby na http://www.plejada.pl/
skąd pochodzą m.in.poniższe fotki...



ciekawe, kto z Was KORĘ pamięta, kto lubi, a... kto nie...